sobota, 21 października 2017

Rozdział I

WIELKA BRYTANIA,  LONDYŃSKI EAST END, 
SOUTHWARK, 5 STYCZNIA 1888 ROKU

Nad Tamizą, rzeką, przepływającą przez Londyn, od dłuższego czasu kłębiły się czarne chmury. W niewielkim pokoiku, w domu publicznym Mangled Mermaid, całkiem sama siedziała młoda dziewczyna. Patrzyła na brudną, oklejoną wypłowiałą, fioletową, wzorzystą tapetą, ścianę w oczekiwaniu na przyjaciółkę, która wyszła kilka godzin wcześniej. Miała jej donieść wieści o doktorze Wilsonie i o Rutledge Aslum.

Z parteru, jak i z korytarza na piętrze, słyszała głośną muzykę, pijackie śpiewy i krzyki. Nie miała zamiaru tam schodzić, chociażby by sprawdzić, czy jej przyjaciółka nie przebywa wśród śmiałków, którzy odważyliby się zagrać z nią w Pokera, ale strach przed staranowaniem lub, co gorsza, natrętnymi i obrzydliwymi zalotami wstawionych mężczyzn, nie pozwalał jej na wyjście z pokoju, a co dopiero zejście do całej chmary fantazjujących robotników i żeglarzy, pracujących w okolicach.
Gdzie ty do cholery jesteś, Metztili? Ileż demon może zbierać informacje na temat lekarza i przytułku? I dlaczego tam z nią nie poszłam? Ach, zapomniałam. Spojrzała na swoją kostkę, którą skręciła podczas ucieczki z doków, gdy ona i jej demoniczna koleżanka wpadły w pułapkę i goniło je stado szczurów. Niby spotkanie z osobą, która rzekomo coś wie, a jednak pułapka z wykorzystaniem szczurów, których wprost nienawidziła. Skrzywiła się, widząc wolno schodzącą, bolącą opuchliznę i położyła się, chcąc dać odpocząć bolącym od ciągłego siedzenia plecom.
Słysząc głośniejszy hałas, odwróciła się i spojrzała w stronę drzwi, w których stała jej była niania. Skąpa, różowa sukienka, której gorset wyglądał, jakby dusił kobietę, odsłaniała dekolt, który zdobił średniej wielkości, czarny tatuaż po lewej stronie.
— Alice, gdzie ta, jak ona miała? No ta blondyna! Chłopy ją wołają, by w pokera zagrała. Cały czas mi dupę o nią trują — krzyknęła.
— Nan, znam z widzenia i osobiście kilka blondynek, grających w karty.
— No ta twoja przyjaciółka z czerwonym okiem, co wszystkich ogrywa — wyjaśniła, mówiąc szybko, przez co niektóre słowa brzmiały niewyraźne.
— Aaa... Alexandra! — Usiadła po turecku i uśmiechnęła się w stronę pani Sharpe. — Nie wiem. Wiem tylko, że chciała znaleźć informacje na temat Hieronymousa Wilsona i Rutledge.
— Jeżeli nie zjawi się w ciągu pięciu minut, to koniec z moim i reszty urlopem i znowu trza będzie robić za latawicę.
— No tak. To ona zawsze wszystkich zajmowała grą. Grało dziesięć, przyglądali się wszyscy. — Popatrzyła na okno. Na parapecie kucała blondynka. Alice spojrzała na nią wymowną miną, a ta zniknęła.
— No właśnie! Zajęli się kartami i był spokój na resztę wieczoru! A teraz? Już dwie...
— Wróciłam — przerwała jej, stojąca za nią Metztili.
Dziewczyna ni niska, ni wysoka. Taka, powiedziałabym, w sam raz. Bez obcasów, oczywiście. W nich i ponad metr siedemdziesiąt mierzyła. Była dziewczyną o wyglądzie doprawdy niewinnym. Gdy Nan pierwszy raz ją zobaczyła, z minką jak u szczeniaka, nie mogła się oprzeć błaganiom jej i Alice, dzięki czemu miały się gdzie zatrzymać.
Nastolatka, a przynajmniej tak się kobiecie wydawało, nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Wiecznie ubierająca się w czerń, a sama Liddell, nie pamiętała, czy kiedykolwiek widziała ją całą ubraną w inny kolor.
— O właśnie! O wilku mowa! Już, jazda mi na dół gości bawić. No, ile można na ciebie, dziecko czekać? Wszyscy się niecierpliwią, by zagrać, a ty sobie spacerki urządzasz. Ot co!
— Nanny, spokojnie. Już idę — rzekła, unosząc ręce do góry, w geście obronnym.
Niezależnie od jej uroczego wyglądu, jej ton głosu zawsze miał w sobie albo nutę sarkazmu, albo był nim przesiąknięty. Wypowiadała się również z ironią, co niezwykle denerwowało nie tylko panią Sharpe, ale najczęściej złościła tym Splattera, który raz na jakiś czas odwiedzał Mangled Mermaid i przez przypadek, wpadał na ironiczną, sarkastyczną, chamską Alexandrę, która zawsze miała do niego jakieś „ale” albo prowadziła z nim wojny na wyzwiska.
Nie muszę mówić, kto zazwyczaj obrywał najmocniej, czyż nie?
— Ale miałaś mi powiedzieć, czego się dowiedziałaś — burknęła niezadowolona Alice.
— Opowiem ci jutro rano. Teraz muszę uratować kilka kobiet przed pijanymi oblechami. — Posłała jej ironiczny uśmiech.
— Masz mi powiedzieć, czego się dowiedziałaś. To rozkaz, Alexandro! — warknęła, mrużąc oczy w gniewie.
— Tak, przyjaciółko. — Ukłoniła się nieco. Nan patrzyła to na blondynkę, to na czarnowłosą, nie rozumiejąc, co tak naprawdę kryje się za zasłoną przyjaźni. — Zejdę za dziesięć minut, Nanny.
— Mam nadzieję, bo inaczej będzie z nami krucho. — Westchnęła i wyszła, zamknąwszy drzwi.
Diablica usiadła na skraju łóżka jej dużo młodszej pani, która patrzyła na nią wyczekująco.
— A więc?
— Rutledge zostało odbudowane, otwarcie, jak i pokaz lobotomii, odbędzie się w przyszły piątek. Jeśli chodzi o Hieronymousa, niedawno przeprowadzono z nim krótki wywiad, jako pisemny dodatek do The Illustrated London News. Wypowiadał się na temat odbudowy i przebiegu pokazu.
— Znowu będzie wykorzystywał żywego człowieka?
— Nie tym razem. Na pokazie będzie wykorzystywał coś w rodzaju sylikonowej lalki. O ile się nie mylę. Choć po twoich opowieściach mogę śmiało stwierdzić, że mógł kłamać i równie dobrze użyje człowieka w śpiączce lub zwłok. — opowiedziała. — Plus, wiem, kto może mieć jeszcze przydatne informacje na temat twojej rodziny.
— Któż to? — spytała, zmarszczywszy brwi, wyczekując odpowiedzi.
— O ile dobrze pamiętam, chodzi tu o doktora Angusa Bumby'ego. Mieszka na Osborn Street, na Whitechapel, gdzie prowadzi sierociniec. Nanny może nas tam zaprowadzić. Skłamie, że znalazła nas na ulicy, że do burdelu nie może nas wziąć, a my same na dworze i to jeszcze w dodatku w deszczową pogodę, nie możemy przebywać, bo jesteś chora na astmę. Uwierzy, zobaczysz. A jeżeli nie...
— Użyjesz oczu tak jak na Nan?
— No i widzisz, jaka jesteś mądra? Mówię ci, zadziała! — Zaśmiała się głośno i wyrzuciła ręce w powietrze.
— Skoro tak mówisz, to na pewno tak będzie. — Przewróciła oczami. — No dobrze.
— A więc widzimy się rano. Teraz muszę ograć tę bandę osłów. — Parsknęła śmiechem. — Ciekawe, ile dziś mają do zaoferowania.
— Przewiduję, że za to, co dzisiaj wygrasz, znowu kupisz sobie nową sukienkę, a o mnie zapomnisz.
— Nie wykluczam twojej wizji, aczkolwiek prawdopodobnie tym razem kupię coś tobie.
— Co cię do tego przekonało, Alexandro? — spytała wychodzącą dziewczynę.
— Szafa mi się nie domyka — odrzekła, udając załamaną. — Dobranoc, Alice.
— Dobranoc. — Skinęła głową, a blondynka wyszła.
Kiedy jej przyjaciółka zamknęła drzwi, wstała i poprawiwszy łóżko, przebrała się w koszulę nocną. Nie była niczym niezwykłym. Prosta, biała, bez żadnych ozdób, sięgająca jej do kolan. Rękawy koszuli były długie i za szerokie, a przynajmniej na jej nienaturalnie chudych rękach.
Stanęła przed lustrem i podwinęła jeden z rękawów. Zacisnęła na ramieniu swoją dłoń. Jej palce się stykały. Powoli uniosła wzrok i spojrzała na siebie w załamaniu.
Pierwszą rzeczą, jaka przeszła jej przez myśl, było to, jak mogła doprowadzić siebie do takiego stanu. Drugą zaś, jakim cudem ona jeszcze żyje?

środa, 18 października 2017

Prolog

WIELKA BRYTANIA, PRZEDMIEŚCIA LONDYNU, 
10 PAŹDZIERNIKA 1883 ROKU

Po korytarzu szpitala psychiatrycznego Rutledge rozlegały się wrzaski. Nie był to szpital przyjazny. O nie, w żadnym wypadku. Eksperymenty przeprowadzane na pacjentach nie były ani trochę przyjemne, czy bezpieczne. Śmiertelne, brutalne, niebezpieczne, a same warunki, w których trzymano pacjentów, były tragiczne. 

Na jednej z pacjentek, dziewczynie, której rodzina zginęła w pożarze, miała być przeprowadzona lobotomia*. Jej przerażony krzyk, połączony z płaczem, słychać było na korytarzu mimo masywnych, żelaznych drzwi, którymi była zamknięta sala. 
Błagania do lekarza nie pomagały, do Boga również nie dawały żadnego skutku. Wiedziała, że była zdana na ból, a znając tych lekarzy — także na śmierć. 
Zacisnęła powieki. Cała się trzęsła ze strachu. Z jej ust zamiast krzyku, słychać było tylko ciche skomlenie. 
— Nareszcie — mruknął, odwracając się w jej stronę z wiertłem. 
Zaczęła ciężko i głośno oddychać. Wyłkawszy cicho niezrozumiałe dla lekarza słowa, pasy zabezpieczające oraz kaftan rozpięły się, a w pomieszczeniu z podziemi nagle wyrosła czarna, niewyraźna postać, która w jednej chwili rozpostarła czarne jak węgiel, pierzaste skrzydła. Jej ślepia oślepiały czerwonawym blaskiem, a białe kły, wybijały się na czerni. Nastolatka wyciągnęła do postaci dłoń, jakby prosiła o pomoc, jakby chciała się do niej dostać. Z kłębu czarnych piór i mgły wysunęła się ręka. Czarna, jak mgła, która ją otaczała, z długimi, zakrzywionymi szponami. 
— To diabeł! — wrzasnął lekarz, wycofawszy się.
Dziewczyna podała jej rękę, zamykając oczy i garbiąc się w bezsilności.
— Kim jesteś? — spytała postać, kobiecym, uspokajającym głosem.
Poczuła nagle, jak coś chlasta jej nadgarstek. Czuła ból, który ją przeszywał, ale nie narzekała. Lobotomia mogła być dużo gorsza.
— Jestem — załkała — twoją panią. 
— Jakie jest twoje pierwsze życzenie?
— Spal ich. Spal ich wszystkich. — Ponownie załkała, a po jej policzku spłynęła łza, która spadła na kaftan. 
— Oczywiście, moja pani.
Postać nagle zmieniła się w młodą, nie za wysoką kobietę o blond włosach i heterochronii. Jej prawe oko miało kolor czerwony, a drugie zielony. 
Pomogła jej nowej pani wstać i wyprowadziła ją z sali, a chwilę potem ze szpitala. Stanęły przed bramą, a blondynka jednym ruchem ręki zapaliła szpital.
Młodsza z nich przyglądała się płonącemu budynkowi. Nie żałowała tego, co powiedziała, tego, jaki dała jej rozkaz.
— Czyli — odchrząknęła — teraz jesteś na każde moje zawołanie? Na każdy rozkaz? Bez wyjątku? 
— Jak najbardziej. — Uśmiechnęła się, ukazując tym razem ludzkie zęby. 
— Kim jesteś? — rzuciła cicho.
— Ja? — Zaśmiała się. — Ja jestem piekielnie dobrą przyjaciółką.

------------------------------
Przypisy:
Lobotomia to zabieg neurochirurgiczny polegający na przecięciu włókien nerwowych łączących czołowe płaty mózgowe ze strukturami międzymózgowia. Dawniej jedna z metod leczenia chorych na schizofrenię lub inne poważne zaburzenia psychiczne. Celem była redukcja procesów emocjonalnych, które zwykle towarzyszą procesom poznawczym — myślom i wspomnieniom (a więc i natrętnym myślom lub halucynacjom).